Bilet w jedną stronę

Bilet w jedną stronęCodziennie rano przemyskie ulice pełne są śpieszących do szkół młodych ludzi. Podstawówka, gimnazjum i jeszcze trzy lata i matura. Idą, bo tak trzeba, bo każą rodzice, niektórzy bo to lubią. Bez względu na powód tego marszu po wiedzę docierają zawsze do jednego - do matury. Dla jednych jest to koniec edukacji, dla innych to moment wyboru, czego i gdzie uczyć się dalej. Często odpowiedź na pytanie: „czego się uczyć” determinuje odpowiedź na pytanie: „gdzie”. Jeśli wybór padł na kierunek trudny, ambitny, na kierunek, którego absolwenci są oczekiwani, a nie rzadko wręcz rozchwytywani na rynku pracy, kierunek, który może zapewnić im przyjemne i dające satysfakcję zajęcie – muszą wyjechać z Przemyśla. Pakują się więc i opuszczają „za wiedzą” rodzinne miasto. Kto zostaje? Są to ci mniej odważni, słabsi naukowo i niestety ci, którym wyjazd po dobre wykształcenie uniemożliwia zbyt szczupły rodzinny portfel. Mają oni do wyboru pracę na miejscu lub kontynuowanie nauki w którejś w miejscowych szkół ponadnaturalnych.

W pierwszym wypadku wysiłki w kierunku znalezienia pracy znajdują swój finał w urzędzie przy ul. Katedralnej w Przemyślu. A tam - długa kolejka: najpierw po numerek, potem do rejestracji. Dostają białą książeczkę, pieczątkę ubezpieczeniową, kilka groszy i … powodzenia. Tylko utopiści myślą, że na tablicy z listą ofert pracy w Urzędzie znajda miejsce zatrudnienia. Mogą natomiast „pozwolić” doradzać sobie zawodowo, „dać się” dokształcać oraz „dać się” motywować do aktywności zawodowej odpowiednim specjalistom zatrudnionym w Urzędzie. Oczywiście korzystają z tych „błogosławieństw”, bo i cóż innego mają do roboty?!

Spora część młodych decyduje się dołączyć do koleżanek i kolegów, którzy na skutek braku możliwości wyjazdu z Miasta na studia, od razu postanowili postąpić na którąś z przemyskich szkół ponadnaturalnych. Tego ostatniego sformułowania użyłem całkowicie celowo. Jakoś trudno mi postawić znak równości, jeśli chodzi o jakość kształcenia i prestiż (czyt. łatwość znalezienia dobrej pracy przez absolwentów) pomiędzy którąkolwiek z przemyskich uczelni a np. SGGW czy SGH. Powszechnie jest wiadomo, że dla przyszłego pracodawcy jest niezwykle istotną rzeczą nazwa jakiej uczelni figuruje w dyplomie aplikanta. Ci, którzy ukończyli renomowane uczelnie wygrywają w przedbiegach w wyścigu po dobre posady z tymi z dyplomami ze szkół pozostałych. I nie ma się, co oszukiwać: nie chodzi o tu o jakiś swoisty snobizm. Dyplom dobrej uczelni pozwala pracodawcy mieć przekonanie, że jego posiadacz daje gwarancję solidnej wiedzy i fachowości w działaniu. Jeśli zdarzyłoby się inaczej, bo przecież może, to i tak życie bardzo szybko zdemaskuje dyletanta. Nie na darmo rodzice z krajów, które podziwiamy i na których się wzorujemy ciężko się zapożyczają, aby tylko ich dzieci mogły znaleźć się w szeregach studentów renomowanych uczelni. Tak to zawsze było, jest i będzie. Próby zmiany tego stanu rzeczy były są i będą równie skuteczne, jak „zawracanie Wisły kijem”. Ponadto, pośród kierunków nauczania oferowanych przez nasze szkoły ponadnaturalne znalazłem jedynie trzy, których absolwenci SĄ rzeczywiście oczekiwani przez pracodawców. Dominują kierunki i specjalności, które nikomu nie są już potrzebne. Dominują kierunki, których absolwenci zasilają szeregi bezrobotnych, bo w ciągu kilkunastu ostatnich lat nastąpiła „nadprodukcja” ich absolwentów. Powód powstania owych fabryk nikomu niepotrzebnych magistrów i posiadaczy licencjatów jest prosty i oczywisty. Tworząc taką szkołę można liczyć na pieniądze z budżetu państwa, różne dofinansowania. Pobiera się też czesne od abiturientów, skuszonych perspektywą uzyskania dyplomu. Natomiast ze swojej strony wystarczy, jeśli twórca takiej uczelni zabezpieczy oświetloną i ogrzaną w zimie salę ze stolikami, krzesłami, tablicą, no i oczywiście pudełkiem kredy. Wystarczy jeszcze tylko skusić dodatkowym zarobkiem jakiegoś utytułowanego wykładowcę z renomowanej uczelni i można ściągać „czesno-dawców”. Przedsiębiorczość godna podziwu, szkoda tylko, że odbywa się to wszystko kosztem utraty złudzeń przez młodych ludzi na zdobycie dobrego zawodu i zawodowej pozycji. I dlaczego dotyka to także młodzieży naszego Miasta i Regionu?!

A wracając ponownie do tak przez nas podziwianych zachodnich wzorców: tam już wiele lat temu stwierdzono, że korzystniejsze jest wzmacnianie i rozbudowa istniejących uznanych ośrodków akademickich niż tworzenie nowych. Rozbudowując, ma się do dyspozycji gotową, sprawdzoną kadrę dydaktyczną, bazę dla rozwoju dalszej infrastruktury, doświadczenie i ugruntowaną markę uczelni. Korzyści dotyczą również młodzieży przyjeżdżającej do tych dużych ośrodków. Są to: możliwość zdobycia wiedzy w dobrej szkole, wiedzy przekazywanej przez doświadczonych dydaktyków oraz korzystanie z bogatego zaplecza naukowo-dydaktycznego. Emigracja edukacyjna ma jeszcze jeden dodatni aspekt. Aspekt niezwykle ważny, bo kształcący.  Jest to zetknięcie się z INNYM i NOWYM. Inne miasto, czasem nawet kraj. Inni ludzie o odmiennych zwyczajach i kulturze. A jeśli jeszcze mówią innym językiem, to jest naprawdę wspaniale. Przebywanie/życie w tym INNYM to dodatkowa i bezcenna okoliczność – to obserwowanie rzeczy nowych. To możliwość konfrontacji ZNANEGO z NOWYM. To wreszcie możliwość porównań, wyciągania wniosków i weryfikacji poglądów. Bo przecież „podróże kształcą”! Korzyści płynące ze zdobywania wiedzy „gdzie indziej” są znane i cenione „od zawsze”. Władcy wysyłali swych synów-następców po nauki w świat. Możnym zależało, by ich spadkobiercy znali INNE, bo może być ono lepsze od tego SWOJSKIEGO. Rzemieślnik, który oprócz umiejętności przekazanych mu przez miejscowego mistrza mógł się pochwalić również technikami „ze świata”, był i jest zawsze wyżej ceniony od tego, który poza swój warsztat nigdy nie wyszedł.

Jest tutaj jeden, ale za to nadzwyczaj ważny warunek do spełnienia: po emigracji edukacyjnej musi następować re-emigracja.  Z tym, nasza kochana Mała Ojczyzno, jest niestety problem – tylko nieliczni z naszych absolwentów wracają w rodzinne strony. Jak myślicie, dlaczego? Mieszkając i pracując daleko w Polsce, spotkałem kilkoro młodych z Przemyśla i Jarosławia, którzy po skończeniu uczelni w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu - nie wrócili. Pracują w zachodnich koncernach. Są zadowoleni z pracy, dobrze zarabiają. Pomimo to nie czują się emocjonalnie związani z dużymi miastami, w których przyszło im funkcjonować. Dla nich nadal „ich miastem” jest miasto, w którym się urodzili, wychowali, gdzie pozostawili swoje koleżanki i kolegów. Byłem ciekaw, dlaczego w takim razie pozostali „na emigracji”. Zaskoczyli mnie: nie zawróciły im w głowie wielkomiejski gwar, galerie handlowe i hipermarkety. Nawet naprawdę wysokie, w porównaniu z naszymi, zarobki nie były decydującym powodem. Wszyscy zgodnie twierdzili, że nie mają, po co wracać. Nie widzieli, gdzie mogliby w rodzinnych stronach znaleźć satysfakcjonującą pracę. Gdzie i jak mogliby w rodzinnych stronach wykorzystywać posiadaną wiedzę i doświadczenie? A co najgorsze – w ich przekonaniu nikt tak naprawdę nie oczekuje ich powrotu. Mogliby swoimi poglądami, zmienionymi przez Polskę „A” czy „B”, zagrozić ukochanemu ciepłemu lokalnemu marazmowi. Mogliby zakłócić spokojne kręcenie się lokalnej karuzeli stanowisk. Mogliby zmusić sennych, od lat bezpiecznie i bezstresowo funkcjonujących lokalnych urzędników, dyrektorów, prezesów do poruszenia się. A jest to rzecz, której oni nie chcą, której się boją, a więc unikają za wszelką cenę. Zrobią wszystko, by zachować „status quo”. Sam tego doświadczyłem kilkakrotnie, słysząc: „pan żył gdzie indziej, pan wrócił, ale u nas jest inaczej". I proszę mi wierzyć - nie chodziło im o krajobraz, zabytki czy klimat. A to „inaczej” często oznacza u nas gorzej, biedniej. I dzieje się tak głownie na naszą własną prośbę. Byłem zaskoczony, że moi rozmówcy, ludzie młodsi ode mnie o prawie całe pokolenie, mieli takie samo, jak ja zdanie. Odwiedzali ojcowiznę jedynie na święta, czasem podczas urlopu. Wszyscy przyznawali, że w rodzinnych stronach jest im dobrze, że podziwiają ich malowniczość i klimaty, że są dumni ze swojego południowo-wschodniego pochodzenia. Wracać jednak nie chcą. Nie widzą w domu możliwości wykorzystania posiadanej wiedzy. Nie wyobrażają sobie tutaj dalszego rozwoju zawodowego. Otwarcie przyznali też, że nie chcą „walczyć z wiatrakami” i tylko o przetrwanie. Od siebie muszę dodać, że Ci młodzi ludzie mieli już za sobą starze za granicami Polski, biegle władali w mowie i piśmie przynajmniej jednym językiem obcym i pomimo zaledwie kilkuletniego stażu pracy byli już kierownikami działów, modułów czy unit-ów, z pensjami na poziomie v-ce prezydentów miast naszego regionu. Ci młodzi ludzie potrafili wybić się, potrafili wybić się wśród setek innych młodych, inteligentnych i kreatywnych „wykształciuchów”.  Zachodni pracodawcy docenili umiejętności i potencjał. To znaczy, że są naprawdę dobrzy. Czy nie powinniśmy w takim razie żałować, że swe zalety wykorzystują gdzie, że przyczyniają się do rozwoju innych regionów? Czy stać nas na to, że urodzone i wychowane u nas - owocuje gdzie indziej?

Pewna moja znajoma poznanianka pracuje w dziale kadr jednej z fabryk amerykańsko-szwajcarskiego koncernu. Do jej zadań należy „łowienie głów” ( czyt.: fachowców) dla firmy. Robi to od siedmiu lat i twierdzi, że przy identycznym wykształceniu, prawdziwe talenty jest jej o wiele łatwiej znaleźć kandydatów pochodzących z małych ośrodków, którzy jedynie studia kończyli w dużych ośrodkach. Mają wprawdzie mniej tupetu i „otrzaskania” od swoich kolegów z dużych ośrodków, ale są za to bardziej energiczni, bardziej zawzięci w dążeniu do celu, bardziej elastyczni w działaniu i ….. chcą się dalej rozwijać. Takie cechy przywieźli ze swej „prowincji” do „wielkiego świata”.

A jeśli tak – to nosicielami tych cech muszą być również abiturienci naszych szkół średnich, którzy nie wyjechali kształcić się do dużych miast. I jest to ogromna nadzieja dla nas – pozostających w Regionie. To jest również nadzieja dla wszystkich „emigracyjnych emigrantów”. Dla młodych, którzy pozostali na miejscu jest to równocześnie ogromne zobowiązanie i wyzwanie. Od Was i tylko od Was zależy, czy Wasi koledzy po uzyskaniu gdzieś w świeci dyplomów wyższych uczelni będą mieli, po co i do czego wracać w rodzinne strony.