Czarnohora

Dzień pierwszy i drugi

CzarnohoraOd dawna przymierzałem się do wyprawy w Karpaty Wschodnie. Zawsze jednak coś stawało mi na drodze. To brak funduszy, to brak chętnych do wyprawy lub czasu. Wreszcie w sierpniu 2010 roku podjąłem mocne postanowienie wyprawy i udało się zebrać ekipę złożoną z wrocławianki Ani, dwóch mieszkańców Gdyni Leszka i Marcina, oraz trzech przemyślaków, Józefa, Pawła (Hipisa) i mojej skromnej osoby. Józef został szefem wyprawy ze względu na wieloletnie doświadczenie trapera, poza tym tylko on znał trasę. On też wziął na siebie załatwienie transportu z granicy do miejsca naszego przeznaczenia Dzembroni.
Skompletowaliśmy sprzęt, kupiliśmy prowiant, wymieniliśmy walutę na granicy i po jej przekroczeniu metodą na mrówkę znaleźliśmy się na dzisiejszej Ukrainie. Tutaj czekał na nas nasz przewoźnik ze Lwowa Oplem Vivaro. Pierwsze miłe zaskoczenie. Opel w miarę nowy, czyściutki (czego nie można powiedzieć o tzw. marszrutkach), a każdy z nas w uchwytach przy siedzeniach dostał na drogę po dwie buteleczki bardzo smacznej wody mineralnej. Co prawda nie było klimatyzacji, ale pomysłowy właściciel zamontował z tyłu wiatraczek, który w miarę cicho hucząc miał za zadanie owiewać nas chłodnym powietrzem. Szofer wyciągnął nowinkę techniczną, czyli GPS, wstukał nazwę naszego miejsca docelowego, wybrał opcję „najkrótszą drogą” i …to był jego błąd. Wystartowaliśmy.

 

Do Lwowa droga w miarę. Miasto minęliśmy po lewej stronie i po kilku godzinach jazdy mogliśmy z pewnej odległości podziwiać wyłaniające się Gorgany. Kilka postojów na tzw. siku pozwalało rozprostować kości i zaczerpnąć świeżego powietrza. W pewnym momencie droga zaczęła przypominać krajobraz księżycowy, tempo jazdy spadło do 20 km/h, a nasz szofer zaczął mamrotać pod nosem słowa, których przytaczać nie wypada. W jednej z mijanych wsi sołtys musiał nie zdążyć rozwinąć asfaltu przed naszym przyjazdem, a droga przypominała dukty leśne po zrywce przy użyciu bardzo ciężkiego sprzętu. Komfort jazdy spadł do zera, a ja czułem jak od dna żołądka odrywa się moje śniadanie i wędruje pod górkę, aby również zaczerpnąć trochę powietrza. Niezauważalny w początkowej fazie podróży wiatraczek zaczął huczeć niczym silnik boeinga 727 i przestałem go lubić. W końcu musieliśmy ostro hamować, bo skończyła się droga. To znaczy droga była tylko brakowało jej fragmentu. Nie było by w tym może nic strasznego gdyby nie fakt, że brakujący kawałek, to 3 metry brzegu za mostkiem, który jak objaśnił nam przechodzący gospodarz popłynął rok wcześniej podczas powodzi. Musieliśmy zawrócić do głównej drogi tj. jakieś 25 km. Nasz szofer znowu zaczął mamrotać…

CzarnohoraW końcu późnym popołudniem dotarliśmy do Dzembroni. Wieś położona nad Czarnym Czeremoszem, jest dobrą bazą wypadową na pasmo Czarnohory. W okresie roztopów jedyna droga zalewana jest przez wezbrane wody tej wspaniałej górskiej rzeki, której wartki nurt szlifuje kamienie od tysięcy lat. Widoki przepiękne. Po prostu rewelacja. Co prawda ostatni odcinek musieliśmy przebyć pieszo ze względu na  dość duże kamienie wystające z drogi, na których nasz szofer zagiął miskę olejową (bardzo mamrotał), ale spacerek dobrze nam zrobił (nam – mnie i mojemu żołądkowi). Po wypakowaniu bagażu umówiliśmy się za kilka dni z szoferem w Zaroślaku (ośrodek sportowy u podnóża Howerli). Zarzuciliśmy nasze 20 kg plecaki, namioty i wyruszyliśmy do pierwszej bazy, w której obiecywaliśmy sobie porządną ucztę i spanie. U znajomego Józefa wynajęliśmy huculską chatę (po 5 dolarów USA od łebka) i wspięliśmy się do niej krętą drogą. Widoczki rewelacja. Przed nami las, za nami łąki, kilka drewnianych chat i dziewicza przyroda. W chacie należało uważać na niskie framugi, aby nie pozaginać ich głowami, poza tym łóżka piętrowe, zdjęcia miejscowych w tradycyjnych strojach, na zewnątrz prysznic i tzw. bardacha. Dla niewtajemniczonych miejsce kontemplacji, dla innych czytelnia, potocznie nazywany też sraczem. Po zakwaterowaniu czas na kolację. Pysznie smakowała po całodziennej jeździe, na świeżym powietrzu i w tak fajowym towarzystwie. Po kolacji przyszedł czas na prysznic. Tak Moi Drodzy, prawdziwy prysznic. Co prawda, ogrzewacz do wody podgrzewał tylko niewielki strumień za to woda lała się z prawdziwego sitka w drewnianej, zbitej z desek kabinie. Wszystkie pająki podziwiały moje ciało zaglądając z każdego rogu, sufitu i ścian. Pająki chyba nie przepadają za takim typem higieny, bo dziesiątki z nich przebiegły po moich nagich stopach jak tylko odkręciłem wodę, kryjąc się gdzie popadnie.

Spaliśmy jak niemowlaki. Rano pobudka, szybkie śniadanie, sprzątanie na kwaterze, plecaki na plecy i w góry. Z racji tego, że nie lubię powoli chodzić, bo mnie to męczy, po uzgodnieniu z resztą rozpuściłem kopyta i wysforowałem do przodu. Dzielnie towarzyszył mi przy tym mój podopieczny, żołnierz oddziału, członek PSRH – Hipis. Moje czujne oko poszukiwacza szybko natknęło się na resztki dobrze zachowanych ziemianek i okopów z czasów Wielkiej Wojny. Żal ścisnął serce, że nie miałem wykrywacza. Ale cóż było robić. Nie po to tu jechałem. Po około dwóch godzinach marszu wyszliśmy ponad lizierę lasu, a naszym oczom po raz pierwszy ukazał się masyw Czarnohory. Po lewej ręce ledwo dostrzegalny cel dnia – Pop Iwan 2022 m npm. z wybudowanym w 1938 roku obserwatorium astronomicznym zwanym Białym Słoniem. Postanowiliśmy poszukać wody, o co nie było przesadnie trudno i tam poczekać na naszych przyjaciół, pożywiając się pysznymi borówkami, których wokół była cała masa, podobnie jak słodziutkich, dzikich malin...  Po około 30 minutach dotarli do nas. Zjedliśmy wspólnie czekoladę, aby dodać sobie trochę energii i wyruszyliśmy dalej. Tym razem prowadził kolega Leszek. Prowadził w dość dobrym tempie i znów odbiliśmy od reszty, tym razem w trójkę. Ścieżka stawała się coraz mniej widoczna, aż w końcu znikła zupełnie i zaczęliśmy wspinaczkę na szczyt pasma. A podejście było naprawdę strome.  20 kg na plecach nie pomagało nam we wspinaczce i zanim dotarliśmy na górę minęła godzina, a nasze koszulki można było wykręcać. Zadowoleni, że najgorsze za nami przycupnęliśmy na skalach, wyciągnęliśmy wodę i ze złośliwą satysfakcją patrzyliśmy na naszych przyjaciół jak dzielnie wspinają się do góry. Czym bliżej byli tym bardziej widoczne stawały się ich rysy twarzy. Twarz Józefa stała się purpurowa, a usta cały czas pracowały. Józef podobnie jak nasz szofer dzień wcześniej mamrotał…

- Czemu do jasnej cholery poszliście w prawo??? Przecież mieliśmy pójść w lewo i wyjść pod Białym Słoniem. Teraz straciliśmy kilka godzin marszu.
Miał rację. Poszliśmy w złym kierunku. Strome podejście nas zamordowało, a szczególnie kolegę Marcina, którego wieloletni tryb pracy w biurze i ponad 100 kg ciałka doprowadził do krańca wytrzymałości. Sądziliśmy, że 30 minut przerwy ukoi nerwy i pozwoli nam pójść dalej. Józef z Anią wyszli szybciej i mimo moich nieśmiałych wskazówek, że należy najbliższy szczyt obejść z lewej strony idąc wzdłuż starych okopów poszli w prawo, a na sobie poczułem przenikliwy wzrok Józefa. Jakby spojrzenia zabijały niechybnie leżałbym trupem.

CzarnohoraJa poszedłem lewą stroną, a za mną wyruszyli Hipis, Leszek i Marcin. Na horyzoncie pokazały się czarne chmury, co zazwyczaj zwiastuje burzę i zaczęło grzmieć. Niedobrze. Przyśpieszyłem kroku i sunąc do góry zaliczyłem pierwszy upadek w Czarnohorze. Podstępni Austriacy wiedząc, że będę szedł tędy kilkadziesiąt lat po ich wizycie rozłożyli drut kolczasty, który z czasem schował się w wysokiej trawie i czyhał na moje nogi. Szybko wyciągnąłem aparat i sfotografowałem resztki zasieków z czasów I wojny światowej. Coś niesamowitego. Ku mojej uciesze niebo znowu zrobiło się krystalicznie czyste, przestało grzmieć, a ja znalazłem się wreszcie na szlaku. Ze względu na to, że strome podejście pochłonęło spory zapas wody zacząłem rozglądać się za źródłem, gdyż na tym odcinku pasma z wodą jest krucho, a najbliższe źródło oddalone jest od szczytu o 6,5 km. Dostrzegłem na zboczu plamę bardziej soczystej zieleni trawy, poczekałem na Hipiska i udaliśmy się w poszukiwanie oazy. Moje przeczucie mnie nie myliło. Prosto ze skały wypływała woda.

Po dotarciu do miejsca postoju wszystkich naszych przyjaciół (Józef dalej mamrotał tylko już mniej) zdecydowaliśmy, że Marcin z Leszkiem zostaje w tym miejscu. Rozbijają się na noc, a my idziemy do Białego Słonia. W czwórkę wrzuciliśmy czwarty bieg, aby dojść przed zmrokiem i ruszyliśmy do celu naszej wyprawy mijając po drodze turystów z plecakami, którzy w większości stamtąd wracali. Droga usiana jest okopami, ziemiankami, punktami oporu, więc czułem się jak ryba w wodzie. Nieludzko zmęczeni dotarliśmy na szczyt, zrzuciliśmy plecaki i poszliśmy zwiedzać ruiny obserwatorium. Piękne, monumentalne mury budynku z wieżą obserwacyjną, zapleczem, pokojami, stołówką, kuchnią, maszynownią, cysterną na wodę świadczyły o świetności kiedyś tego miejsca. Wewnątrz resztki potrójnych okien, parkietu, wszystko zasypane teraz hałdami śmieci, spalenizny. Zdewastowane, zniszczone, a wykuty w kamieniu nad wejściem orzeł z koroną postrzelany od kul przez jakąś swołocz. Ktoś widać bał się nawet kamiennego polskiego orła. Usiadłem na murku okalającym ten wspaniały niegdyś budynek i pogrążyłem się w refleksji nad losami Rzeczpospolitej. Z żalem w sercu mijałem w drodze na szczyt polskie słupy graniczne sprzed wojny.

CzarnohoraNadszedł najwyższy czas na rozłożenie namiotów. Przyznam się, że byłem straszliwie zmęczony i nie chciało mi się schodzić ze szczytu w poszukiwaniu wygodnego i bezpiecznego miejsca na nocleg. Postanowiliśmy rozbić się przy północnej ścianie budynku. Niezmiernie trudno było wbić śledzie z namiotów w skaliste podłoże. Zerknąłem na zachodzące słońce. Widoki były przecudne. Wszędzie, aż po widnokrąg, grzbiet wynurzał się spoza grzbietu, szczyt spoza szczytu, grań spoza grani...Wielkie doliny obu Czeremoszów wiły się dziesiątkami kilometrów pod stoki Kopilaszu, oraz odległej Hnitezy i Perkałabu. Na południowym podnóżu lśniło jezioro klauzy Balzatul, a w głębiach rozwierała się dolina Cisy. Na zachodzie widać było granie Pietrosa.

Przed samym zmrokiem na szczyt przyszło dwóch około 30 letnich mężczyzn. Przywitali się z nami, rozbili się w rozpadlinie u stóp samego szczytu i poszli zwiedzać ruiny. Na samym szczycie stoi słup. Obaj jegomoście stanęli pod tym słupem blisko siebie. Niezmiernie wielkie było nasze zdumienie jak w jednej chwili zaczęli wymieniać ze sobą ...płyny ustrojowe. Postanowiłem na wszelki wypadek dobrze zapiąć namiot.

Rozbiliśmy trzy namioty. Józef miał swój, Ania swój, a ja i Hipis swój. Około 23.00 z rozpadliny gdzie był namiot owej „pary” zaczęły dochodzić dziwne nieartykułowane dźwięki typu „ach, och”, bynajmniej nieświadczące o tym, że zachwycają się widokami, bo było przecież ciemno. Po chichraliśmy się wszyscy, wymieniając uwagi z Józefem i poszliśmy spać. Zupełnie nic nie zapowiadało horroru, który miał nadejść.


Cdn.
Mirosław Majkowski